Winieta    
   

Galeria Fotografii BWA/ZPAF
Kielce, ul. Planty 7
tel. (041) 344 76 36

 

 

Jerzy
LEWCZYŃSKI


 

Elżbieta Łubowicz

ŚWIATŁO ZNISZCZONYCH FOTOGRAFII
Patrząc na prace Jerzego Lewczyńskiego

Twórczość Jerzego Lewczyńskiego, kontynuowana od lat ponad pięćdziesięciu, z biegiem czasu staje się coraz bardziej doceniana przez krytyków i historyków fotografii. Z dystansu widać bowiem wyraźniej, jak bardzo wyprzedził on w kilku przypadkach swoją epokę. Pod koniec lat 50. pokazał zestawy zdjęć, które wprowadzały do wypowiedzi artystycznej taką estetykę i takie użycie fotografii, jakie pojawiło się na świecie dopiero pod koniec lat 60., wraz z zaistnieniem konceptualizmu. Z kolei jego prace z wykorzystaniem dzieł cudzych, wystawione na początku lat 70., znów o dziesięciolecie wyprzedziły podobne praktyki artystyczne stosowane przez postmodernistów.

Krzysztof Jurecki w katalogu wystawy z 1998 roku napisał, że Twórczość Lewczyńskiego, podobnie jak – fotograficzna – Zdzisława Beksińskiego, czeka na należne sobie miejsce w historii fotografii światowej. W moim przekonaniu – dorobek tego autora nie tylko dla fotografii, ale także dla światowej sztuki ma istotne znaczenie. Twórczość Jerzego Lewczyńskiego, podobnie jak inne jeszcze zjawiska zauważane dotąd tylko na obszarze fotografii, w przyszłości zyska z pewnością należne jej miejsce wśród nowatorskich i oryginalnych koncepcji artystycznych dwudziestego wieku.

Ponadczasową wartość prace Jerzego Lewczyńskiego zyskują jednak nie tylko dzięki swojemu nowatorstwu, ale przede wszystkim – ze względu na ich oryginalność. Niepowtarzalność, indywidualność dzieła w tym pojęciu to kategoria związana nieodłącznie z podmiotem artystycznym rozumianym jako konkretna, żywa osoba. Zarówno tematyka, jak i estetyka oryginalnej twórczości ma bowiem zawsze swoje źródło (originalis = źródłowy) w duchowej integralności osoby autora. Wypływa z jego postawy wobec świata, ludzi i sztuki. Tym, co dla odbiorcy staje się najcenniejsze, jest spotkanie z prawdziwą osobowością: jej przeżyciami i refleksjami, a przede wszystkim – estetycznymi i etycznymi wyborami.

Nie zdarzyło mi się nigdy napotkać – ani w licznych autorskich tekstach, ani w ustnych wypowiedziach – by na określenie własnej osoby Jerzy Lewczyński użył słowa „artysta”. Czasem odwołuje się do nazwy „fotograf”; bardzo często pisze i mówi o fotografii (więcej w znaczeniu konkretnej pracy niż dziedziny), czasem, ogólnie – o sztuce czy twórczości, ale nigdy o sobie jako o artyście. Interesuje go przede wszystkim jednostkowe zdjęcie z jego możliwościami wyrażania swojej epoki i dawania świadectwa losom ludzi. Problem definicji czy granic sztuki lub roli artysty pozostaje zawsze na marginesie, podporządkowany znaczeniowemu i emocjonalnemu przekazowi fotografii.

Zdjęcia wystawione na słynnym dziś „Zamkniętym pokazie prac” w Gliwicach w 1959 roku (w grupie trzech autorów – Beksiński, Lewczyński, Schlabs) nazwane zostały przez Alfreda Ligockiego „antyfotografią”, w tak widoczny sposób przekraczały granice tego, co wówczas uznawano za fotografię artystyczną. Trzy czysto dokumentalne, zestawione razem zdjęcia przedstawiały po kolei: napis na żydowskiej tablicy nagrobnej; równo ułożone, wypełniające cały kadr żetony z szatni obozu zagłady w Majdanku; kartkę z odręcznie pisanymi rachunkami, pełnymi poprawek i skreśleń. Takie działanie zrywało radykalnie z wszelkimi dotychczasowymi stylami estetycznymi w fotografii w ramach sztuki. A jednak – niezwykle poruszało wyobraźnię, refleksję i emocje widza. Było to działanie nowatorskie, wyprzedzające praktykę konceptualistów, którzy do zapisu swoich koncepcji dziesięć lat później także zaczęli wykorzystywać surową estetycznie, dokumentalną fotografię.

Jednak sens tego zabiegu był u Lewczyńskiego zupełnie inny. Dokumentalna fotografia nie miała być punktem wyjścia dla teoretycznych rozważań nad abstrakcyjnymi pojęciami sztuki, czasu, przedmiotu czy fotograficznego obrazu. Była poetyckim skrótem zestawiającym banalność widoku z pełnym znaczeń i emocji kontekstem, z którego został on wyjęty. To estetyczne działanie, oparte na metonimiach (zredukowanych metaforach) można porównać z poezją Mirona Białoszewskiego, w której tym więcej jest poezji, im więcej prozaicznej banalności. Dwa zdjęcia skrajne wskazywały na życie i śmierć indywidualnego człowieka. Zdjęcie środkowe intensywnie uświadamiało, dzięki temu sąsiedztwu, że pod żetonami o numerach wskazujących dziesiątki tysięcy kryje się taka właśnie liczba unicestwionych przez hitlerowców konkretnych osób, potraktowanych jak przedmioty. Inaczej niż sztuka konceptualna – która była w swoim zamyśle abstrakcyjna i uniwersalna, ponadnarodowa i pozahistoryczna – „antyfotografia” Lewczyńskiego, stosując podobną estetykę, odwoływała się do emocji i najbliższej historii. Zakorzeniała się swoimi znaczeniami w konkretnym miejscu, mówiąc o wydarzeniach wciąż świeżych w pamięci.

W pracy „Nasze powiększenie – Nysa 1945” z 1971 roku Jerzy Lewczyński wykorzystał wykonane przez innego fotografa dokumentalne zdjęcie przedstawiające pociąg z uchodźcami z polskich ziem wschodnich, zagarniętych po II wojnie światowej przez Związek Sowiecki. Dopełnił zdjęcie kadrami ukazującymi w powiększeniu niektóre z sytuacji dziejących się w przepełnionym do granic możliwości pociągu. Metoda ta, użyta o dziesięciolecie wcześniej, przypominała późniejszą postmodernistyczną „strategię zawłaszczania”, polegającą na korzystaniu z cudzych prac na zasadzie cytatu lub pastiszu. W tym przypadku nie chodzi jednak bynajmniej o dialog z innym autorem ani o krytyczną reinterpretację – tematem są losy ludzi wyrzuconych przez wojnę i polityczne decyzje z własnych domów, jadących w nieznane, na poniemieckie tereny Śląska i próbujących zakorzenić się w nowym miejscu. Cudza fotografia użyta została z całym pietyzmem dla niej i szacunkiem dla jej autora, a dodane do niej powiększenia nie są niczym innym, jak – poprzez szereg metonimii – spotęgowaniem jej sensu do patetycznej alegorii.

Ta sama intencja związana jest z programem „archeologii fotografii”, który Jerzy Lewczyński kontynuuje od lat 90., obejmując tą nazwą także swoje wcześniejsze prace, wykorzystujące znalezione cudze negatywy. Pamiętajmy, że każdy fotograf coś mówi i coś znaczy – pisze autor w jednym ze swoich tekstów(1) – Nawet te najbardziej zwyczajne fotografie stanowią po latach dokument często dziś lekceważonych wydarzeń. […] Zapewne z narastającej fali utrwalonych obrazów jedynie kilka zostanie odczytanych i zrozumianych przez fotografów przyszłości. Może ta hojność techniki ma nas ocalić od postępującej atrofii, zapomnienia i zagłady? Nie ma więc niepotrzebnych, nieznaczących fotografii!

Taka wiara w realizm obrazu fotograficznego oraz w moc zatrzymywania i ocalania przeszłości przez fotografię wydaje się dzisiaj naiwna i anachroniczna, jakby pochodząca z innej epoki. Odwołuje się jednak do jej najbardziej podstawowej formy: amatorskiej fotografii pamiątkowej. Mimo wszystkich zastrzeżeń budzących podejrzenia i rodzących nieufność do fotograficznego obrazu, każdy z nas ma przecież jedno przynajmniej drogie mu zdjęcie-pamiątkę, i to niekoniecznie pochodzące z odległej przeszłości, a nawet całkiem współczesne: tradycyjna fotografia na skrawku światłoczułego papieru okazuje się wciąż niezastąpiona jako relikwia czegoś bardzo cennego.

Jerzy Lewczyński w 1968 roku z pięciu własnych zdjęć pamiątkowych zbudował zestaw „Dzieciństwo”. Widz niekoniecznie nawet musi wiedzieć, że na tych zdjęciach jest wizerunek samego autora, by zrozumieć ich sens. Dziecięce lata i wyrastanie z nich nabierają tu znaczeń symbolicznych i uniwersalnych; praca ta mówi w istocie o każdym życiu ludzkim, które nieodwołalnie musi przejść z dzieciństwa w dorosłość.

Rodzinna pamiątka może więc stać się dziełem przenoszącym właściwe sztuce uniwersalne sensy, jeśli zostanie wpisana w kontekst, który wyzwala uogólniającą refleksję. Tego rodzaju znaczenia wywołać mogą w pracach Lewczyńskiego anonimowe cudze fotografie, jak „Negatyw znaleziony na ulicy” (1970) – portretowa fotografia matki z dzieckiem, wykonana w nieznanym studiu fotograficznym. Tym, co nadaje nowy sens temu zdjęciu, podniesionemu przez „archeologa fotografii” z ulicznego chodnika, są gęste rysy na kliszy, powstałe pod butami przechodniów. Z pozoru ten sam zabieg, stosowany później przez postmodernistów: użycie cudzej fotografii. Działanie to nie jest jednak w najmniejszym stopniu gestem zawłaszczania. Przeciwnie – ocala pracę anonimowego fotografa, dodając do niej, jako własny gest odkrywcy, rysy na negatywie: to, co w zdjęciu nieautorskie, a co dopisało do niego życie.

Jak więc dbać o przesadną czystość czy estetykę tworzywa, gdy dotykając starych fotografii czuję i widzę ślad tej często sponiewieranej przeszłości lub ślady dotyku ludzkich dłoni i oczu? – pyta Jerzy Lewczyński, dodając za chwilę określenie swojej wobec tych zapomnianych zdjęć roli: Tak więc stałem się wędrowcem po nieskończonych ugorach zapomnienia i niebytu rozświetlanych światłem zniszczonych fotografii(2).

Światło, które zapisało się na negatywie… Negatyw, jako najbliżej dotykający rzeczywistości fragment „ciała fotografii”, ma w pracach Jerzego Lewczyńskiego swoje osobne i szczególne miejsce. W latach siedemdziesiątych wykonał on cały cykl prac zatytułowanych „Negatywy”. Zapoczątkowało je odnalezienie przez autora zniszczonych szklanych negatywów z lat około I wojny światowej, które okazały się dziełem Józefa Eisenbacha, żydowskiego aptekarza fotografującego swoją rodzinę. Jedno z tych zdjęć skopiował Lewczyński, pozostawiając w postaci negatywu; ukazywało ono uszkodzony już mocno portret kobiety. Dołączył do niego następne, będące powiększeniem oka z tego obrazu, i jeszcze jedno, kolejne powiększenie, na którym widać było już tylko ziarno fotograficznej emulsji, jak obraz rozgwieżdżonego nocnego nieba. Czysty zapis samego światła, które świeciło w tamtym miejscu, w tamtej chwili, a które dociera do nas dzisiaj jak światło odległych galaktyk. Dokument bardziej jeszcze elementarny i obiektywny niż ludzka pamięć, która zawodzi wówczas, kiedy nie ma już nikogo, kto by pamiętał.

Dziwnie wygląda historia twórczości Jerzego Lewczyńskiego, kiedy uświadomimy sobie, że zdjęcie z cyklu „Negatywy” z powiększeniem oka powstało w 1971 roku – a więc wówczas, gdy konceptualiści demaskowali iluzyjność fotografii, ukazując fikcję jej obrazu, a Włodzimierz Borowski przewiercał wiertarką otwór w wizerunku oka na swoim autoportrecie. Lewczyński swoje prekursorskie wobec konceptualizmu prace miał już wtedy dawno za sobą. W czasie kiedy młodsi na ogół od niego artyści (Lewczyński urodzony jest w 1924 roku) odkrywali walory fotografii jako surowego dokumentu albo podważali jej prawdziwość, on podnosił z ulicy podeptany, zgubiony cudzy negatyw i, zafascynowany znaleziskiem z przeszłości sprzed własnych narodzin, ocalał spleśniałe szklane klisze żydowskiego aptekarza. Zamiast rozważać przyszłość sztuki „w epoce postartystycznej”, ostrożnie brał do ręki relikwię czyjegoś nieznanego życia. Czy myślał wówczas o tym, że właśnie po raz kolejny przekracza w swojej twórczości granice sztuki?

Okruchy życia, które, ze swoją naiwną wiarą w moc fotografii jako świadectwa przeszłości, przenosił wtedy do sztuki, z biegiem czasu będą świecić przez nadaną im metaforyczną formę coraz jaśniej i jaśniej, rozświetlając wnukom i prawnukom niepowtarzalną wartość każdego życia i bezcenną wartość pamięci.

-----------------------------
(1) Jerzy Lewczyński, Podołek pamięci, 1987; tekst przedrukowany jako fragment autorskiego tekstu „Między Bogiem a prawdą”, [w:] Jerzy Lewczyński, Archeologia fotografii. Prace z lat 1941-2005, Muzeum Sztuki w Łodzi, Wydawnictwo Kropka, 2005.

(2) Jerzy Lewczyński, tekst bez tytułu, 1999 r,. przedrukowany jako fragment autorskiego tekstu „Między Bogiem a prawdą”, [w:] Jerzy Lewczyński, Archeologia fotografii, dz. cyt.

 

Kolejne wersje retrospektywnej wystawy prac Jerzego Lewczyńskiego odbyły się: w Muzeum Sztuki w Łodzi (kwiecień – maj 2005), w Starym Browarze w Poznaniu, w ramach Biennale Fotografii (maj – czerwiec 2005) oraz w Muzeum Narodowym we Wrocławiu (wrzesień – październik 2005). Ostatnia ekspozycja ma miejsce w Galerii BWA w Katowicach (17 marca – 16 kwietnia 2006), wraz z towarzyszącą jej wystawą w Galerii „Pustej” Górnośląskiego Centrum Kultury (1 marca – 30 kwietnia 2006). Wystawom towarzyszy monografia „Jerzy Lewczyński. Archeologia fotografii. Prace z lat 1941-2005, wydana przez Wydawnictwo Kropka, J. W. Śliwczyńscy.