Winieta    
   

Galeria Fotografii BWA/ZPAF
Kielce, ul. Planty 7
tel. (041) 344 76 36

 

 

Wojciech
ZAWADZKI


 

Andrzej Saj

Odkryć swoją Amerykę


Ameryka – poza odniesieniem topograficznym – konotuje także (jako pojęcie) treści symboliczne; bywa synonimem oczekiwanego bogactwa ale także – odkrywania i  docierania do upragnionego celu, a wreszcie symbolem spełnienia marzeń. Do rzeczywistej Ameryki ściągały rzesze emigrantów w  uporczywej peregrynacji „za chlebem”. Ameryka była (i jeszcze jest) krainą ciągle odkrywaną, na nowo zdobywaną w  trudzie poznawania i pracy; staje się gwarantem sukcesu ale także celem niebezpiecznym, ryzykownym. Tyleż w jej odbiorze, rozumieniu i poczuciu prawd oczywistych, co i  zdarzeń nieoczywistych, faktów i fikcji…
Jeśli artysta – fotografik tytułuje cykl swoich prac „Moja Ameryka”, fotografii przedstawiających niszczejące, zapuszczone obiekty mieszkalne lub przemysłowe kilku miast bliskich mu emocjonalnie (Wałbrzych, Jelenia Góra), to znaczy, że świadomie nadaje tym obrazom znaczenia intencjonalnie odsyłające do czegoś co z tematem prac ma związek niewątpliwie metaforyczny. Bo w istocie te zarejestrowane „ślady” odchodzącej w przeszłość rzeczywistości nie mają z  potocznym odbiorem słowa „ameryka” nic wspólnego, chyba, że w sensie głębokiej ironii. Ale autor tych zdjęć nie pozwalał sobie na dystans, na ironiczny cudzysłów w jakim można by pokazywać i odczytywać te prace. Raczej odwrotnie: trzeba tu mówić o emocjonalnym, głębokim zaangażowaniu autora w złożony proces wyboru obiektów, ich „ustawiania” przed obiektywem, a następnie zapisywania – wyraźnie ukierunkowanego ciągiem intencjonalnej, subiektywnej oceny walorów fotograficznych obiektu i podkreśleniem jego symbolicznego przesłania. Innymi słowy „Moja Ameryka” odsyła do całkiem innych treści, do innych znaczeń niż te, które wynikają z prostego wglądu w realnie zarejestrowane obrazy; gdzie rzetelnie, z  niewątpliwą maestrią warsztatową, uchwycone zostały banalne widoki domów, bądź kamienic, wreszcie jakiś obiektów kolejowych lub przemysłowych – w  istocie ilustracji miejsc mało atrakcyjnych, raczej niezbyt fotogenicznych.
A jednak uderzają te fotografie swą mocą wizualnego wyniesienia; tą aurą nasycającą obraz zarejestrowanej rzeczywistości tym czymś, co – dzięki intensyfikacji walorów obrazowania właśnie w  duchu fotogenicznym – pozwala pewniej docenić rangę (i siłę) emocji autora, jego przekonań i  subiektywnych intencji. Tak więc, „Moja Ameryka” staje się bardziej dokumentem wewnętrznego stanu i  świadomości fotografującego niż rejestrem zewnętrznego sztafażu; jest tym upragnionym celem, osiągniętym w  efekcie uporczywego emigrowania „za fotografią”, w głąb własnej jaźni, w  nadziei dotarcia do tego bogactwa, które tam skrycie zalega. Zawadzki konsekwentnie zmierza do tego „nieznanego lądu” fotografii, z jej autonomicznymi właściwościami i możliwościami, jej oczywistością i  nieoczywistością, jej magią, tajemnicą...
Artysta ciągle, uparcie (jak Kolumb) rusza z pomocą archaicznego sprzętu (stara, drewniana kamera wielkoformatowa) w plener, który jest tuż obok, a jednocześnie głęboko skryty w „podziemiach” własnych intencji i wyobrażeń. Zawadzki bowiem wie jaka jest ta jego „ameryka” obrazów, widzi ją oczami wyobraźni, więc szlak podróży przez ocean pamięci (czasu) jest naznaczony doświadczeniem i osobistymi doznaniami – wystarczy tylko zdokumentować tę drogę; i tak oto powstają cykle subiektywnych obrazów. Ameryka – to także spełnienie nadziei, dlatego artysta często mówi: oto moja fotografia, moje miejsce, moja kraina...
Do problemu owych „odkryć” Zawadzkiego można jednak podejść również od innej strony; na co zwracała uwagę krytyka, wskazująca na amerykańskie tropy fascynacji fotograficznych autora. A. Sobota wymienia tu powinowactwo wobec prac E. Westona i W. Evansa, wobec ich mistrzostwa warsztatowego, które w przypadku twórczości autora pełni bardzo ważną rolę. W rzeczy samej prace Zawadzkiego są od strony technicznej niezwykle perfekcyjne; daje on dowody umiejętności celnego minimalizowania środków wypowiedzi, przy maksymalizacji efektu wizualnego wykonywanych zdjęć.
Język jego zdjęć jest prosty, nagi (jak mówi inny krytyk – D. Hartwich), bez zbędnej metaforyki i emfazy; to język prozy przedstawiającej brutalną prawdę o  rzeczywistości. To jednak proza, która nie jest wypreparowana z  nawarstwień emocjonalnych. Ale nie są to także prace o  cechach neutralnego, naukowego, obiektywizmu. Wręcz odwrotnie: autor jest tylko pozornie chłodny, jest wręcz sensualistycznie włączony w proces odkrywania takich obrazów, które „współdźwięczą” z jego odczuciami, subiektywnymi zamiarami, a  które wynikają z fascynacji zdolnością i przydatnością fotografii w docieraniu do granic tego „lądu”, który ciągle nie jest rozpoznany, do końca odkryty. Do tej „ameryki”, która jest w nas; zawsze przesłonięta „przestrzeniami” doznań, zdarzeń, obrazów, wspomnień i projekcji... A która poza nami – przejawia się przecież w realnym świecie; świecie będącym pewnie jakąś syntezą oczywistości i tego co nieoczywiste; i  co bywa wychwytywane tylko na tyle na ile uda się przenieść wyobrażenia „nieznanego lądu” na obrazy ujawniane, także dzięki właściwościom fotografii.
Zawadzki wierzy, że z jej (fotografii) pomocą dotrze do tej swojej „ameryki”, do swojego przeżycia, wierzy w  doniosłość fotografii w wyjaśnianiu i  dopełnianiu sensu (i wartości) egzystencji. W  to zresztą wierzy większość fotografów – tych prawdziwie traktujących swą twórczość.
Cykl prac Wojciecha Zawadzkiego „Moja Ameryka” wpisuje się zasadniczo w „tradycję” tzw. fotografii elementarnej (tendencji z lat 80.) i jej rozwinięcia w nurcie tzw. fotografii czystej, znakomicie reprezentowanej właśnie w środowisku jeleniogórskim, które swoją rangę i odrębność stylistyczną (opisywaną w kategoriach twórczości fotogenicznej, tj. subiektywnego, poetyckiego dokumentu), zawdzięcza w dużej mierze właśnie artystyczno – edukacyjnej aktywności Zawadzkiego w tym środowisku. Szczególnie owocna byłaby tu jego praca w jeleniogórskiej Wszechnicy Fotograficznej (lata 80. i  90.) oraz Wyższym Studium Fotograficznym (od 1998 r.). Zawadzki wraz z grupą podobnie wrażliwych fotografów (m.in. E. Andrzejewska, S. Dubiel, J. Hobgarska, J. Jaśko, B. Konopka, P. Komorowski, A.J. Lech, M. Liksztet. J. Nowacki, M. Szyryk) współtworzą ów klimat doświadczeń i realizacji fotografii, która dla nich jest właśnie taką „wyspą” – odkrytą na ogromnym kontynencie sztuki. Tę wyspę niektórzy tytułują swoją „Ameryką”.

Andrzej Saj